<title_newspaper="Przyjaciółka">
<title_article="To trzeba załatwić">
<author_1="Maria Banasiak">
<language="pl">
<style="press">
<year="1951">
<month="1">
<date="1951-01-28">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
600 dzieci — mówi przewodniczący Rady. — Zebraliśmy 50 kg winogron, czereśni, truskawek. Wszystkie dzieci dostawały owoce. Na pierwszym piętrze jest przedszkole. Trzy pokoje na 60 dzieci w wieku od 4-7 lat. Trzy pokoje dla 60 dzieci, które muszą się ruszać, bawić, biegać, odpoczywać i jeść. Prowadza, mnie po schodach, w dół. Rada Zakładowa dosłownie ryje w ziemi, żeby dodać jeszcze metr, jeszcze pół metra pomieszczenia, żeby tym swoim dzieciom dać, co można. Otóż tam, w piwnicy jest kuchnia. Kuchnia, na której zaradna gospodyni mogłaby ugotować obiad na sześć osób. Nie ma kredensu, ani innych niezbędnych rzeczy — bo gdzie co postawić? W tej to kuchni gotuje się dla 90-ciu dzieci. — Chcieliśmy przebić ścianę, do drugiej piwnicy, ale architekt powiedział, że dom by się zawalił. Więc tak już musiało zostać — mówi ktoś z personelu. Obok tej „kuchni" — „pralnia" — również w cudzysłowie. W pralni pierze się i suszy jednocześnie. Trzecia piwnica — to „spiżarnia". W czwartej — żywotni gospodarze zakładają... „gabinet do naświetlań". Mają lampy, więc — czy po to, aby stały bezużytecznie? A dzieciom potrzebne są naświetlania — mówi doktor. A więc po karkołomnych schodach, do piwnicy, obok pralni — suszarni — kuchni i spiżarni — do „gabinetu" po zdrowie dla dzieci. A dyrektorski pałacyk stoi sobie o dwadzieścia kroków z piękną kuchnią, pralnią, łazienkami — szczyt techniki i higieny. Wspaniały widny, zamieszkały przez 2 rodziny. Na tym można by skończyć reportaż ze żłobka i przedszkola w 1947 roku. Ale nie dziś. Rada zakładowa ma za sobą już blisko cztery lata walki o ten pałac.
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
